|
...Twoje Bieszczady - serwis dla wszystkich którym Bieszczady w duszy grają...
home
- aktualności
- noclegi
- oferty noclegowe
- schroniska
- PTSM
- zdjęcia
- rower
- narty
- bus
- jazdy konne
- księgarnia
- forum
Polecamy:
Baligród i okolice Bóbrka Buk k.Terki Bystre k.Czarnej Cisna i okolice Czarna i okolice Daszówka Glinne Jankowce Kalnica k.Baligrodu Komańcza i okolice - Mogiła - legenda - drewniany kościółek - klasztor Nazaretanek - Duszatyn - Łupków - Mików - Prełuki - Rzepedź - Smolnik nad Osławą Lutowiska Muczne i Tarnawa Niżna Myczkowce Olszanica Orelec Sękowiec i okolice Serednie Małe Solina i okolice - bieszczadzkie zapory - rejsy po zalewie - tajemnica zatoki Stefkowa Uherce Mineralne Ustrzyki Górne Wola Michowa Zatwarnica Zwierzyń Balnica Beniowa Bukowiec Caryńskie Choceń Dydiowa Dźwiniacz Górny Jawornik Jaworzec Kamionki Krywe Łokieć Łopienka - rys historyczny - Chrystus Bieszczadzki Ruskie Sianki Skorodne Sokoliki Tworylne Tyskowa Tarnawa Wyżna i Niżna Zubeńsko Żurawin Bieszczady Bieszczady pół wieku temu.
Jacek Nawrot
Powojenne dzieje Bieszczadów w świadomości mojego pokolenia zaczęły się właściwie po roku 1950. Bohaterska śmierć generała Świerczewskiego pod Baligrodem, banderowcy, których musiano wysiedlić - tyle nam było wiadomo ze szkoły, i niewiele więcej. Nazwa "Bieszczady" majaczyła gdzieś w tle, wiedziało się tyle, że to gdzieś w Rzeszowskiem i że tam teraz nic nie ma.
Lata pięćdziesiąte w Bieszczadach.Informacja, że wytyczono i oznakowano po 52 roku przedłużenie głównego szlaku beskidzkiego aż do Halicza - większości ówczesnych licealistów też nic nie mówiła. Jeśli ktoś chciał chodzić po Beskidach, to najczęściej od Wisły po Krynicę. Dalej na wschód wędrowali całkiem nieliczni: trudno, niebezpiecznie a poza tym nieciekawie. Pierwszy rajd studencki zorganizowany przez PTTK przeszedł głównym szlakiem w 54 roku. Zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze informacje o tym tajemniczym obszarze. Kiedy po 56 roku Towarzysz Wiesław ogłosił, że Bieszczady mają zostać zagospodarowane, temat nagle zrobił się modny w prasie. Poprzednio był niezupełnie "na linii", jak się to oficjalnie mówiło. My, niespokojne 18-letnie duchy, czytelnicy Curwooda i Londona, marzący o własnych przygodach, dowiadywaliśmy się o dzikich, zupełnie bezludnych obszarach, o pierwotnych puszczach,, o niedźwiedziach, wilkach, rysiach i kłębowiskach żmij, o polach minowych, o drewnianych bunkrach pełnych amunicji i Bóg wie czego jeszcze. Wyobraźnia pracowała. Te Bieszczady miały magnes, mocny magnes. Nie można było tam nie pójść, dla nich warto było nawet zrezygnować z wyjazdu do Francji na winobranie (co było wówczas nieprawdopodobną, zupełnie nową możliwością). Pierwszym problemem była mapa. Na jedynej dostępnej i dozwolonej były szkicowo zaznaczone grubymi krechami główne grzbiety, czerwony szlak Komańcza - Halicz, przybliżone (całkiem pi razy oko) granice kompleksów leśnych i skupiska pustych prostokącików: nieistniejące już wsie. Na południu parę zaczernionych prostokącików miały: Komańcza, Cisna, chyba również Wetlina. Na wschodzie: Lutowiska, Smolnik, Czarna. (W 57 pekaes z Ustrzyk Dolnych docierał aż do tej Czarnej...). Dawno już nie mam tej mapy. Szkoda. Wędrowaliśmy z nią dwa lata. W 59 udało się zdobyć dobre przedwojenne sztabówki. (Nie trzeba było się tym chwalić, można było "iść posiedzieć"). I w tym samym roku zaopatrzyliśmy się w nowowydany przewodnik Krygowskiego. Wcześniej - była to naprawdę wędrówka w nieznane, wszystko po drodze było jakąś niespodzianką, jakimś odkryciem. Dowiadywaliśmy się, co czuli XIX - wieczni podróżnicy, wędrujący w rejony świata zaznaczone na mapach białymi plamami. Oczywiście, nie te proporcje. Ale tak się to wtedy przeżywało.
Takie one były w naszych wyobrażeniach. I takie poznawaliśmy naprawdę. Ale jednak rzeczywistość miała więcej wymiarów... Dobrą lekcją okazała się droga z Baligrodu do wideł Wetlinki i Solinki: Stężnica - Radziejowa - Tyskowa - Łopienka - Solinka. Kilka domów w Stężnicy, potem już pusto.
W Radziejowej - pagórek z dziwną kępą częściowo usychających drzew.
Te drzewa otaczały kiedyś cerkiew, tu ludzie przychodzili się modlić. Tyle po niej zostało.
Ogień musiał być silny. Tyle znaleźliśmy w pogorzelisku. W lewej połowie zdjęcia
szklany wisiorek z żyrandola. Zielone szkło, nadtopione w ogniu (mam go do dziś).
Stopione fragmenty szyb, zawiasów. I łuska karabinowa.
Cmentarzyk przy cerkwi. Ten kamienny krzyż na późniejszych zdjęciach już leży w zielskach. Niedługo wsiąknie w ziemię.
Panorama Tyskowej. Na drugim i trzecim zdjęciu widać drzewa owocowe: trześnie, śliwy, jabłonki. Niewidoczne na czarnobiałych zdjęciach czerwone pasy kwitnącej koniczyny, zasianej 10 lat wcześniej. Jakby czekała na powrót gospodarzy, obsiewając się samodzielnie z roku na rok. Jest to centrum wsi, która istniała tu od połowy XVI wieku. Środek drogi przez wieś w lewej dolnej części zdjęcia. W niektórych miejscach na środku drogi rosły już olchy. Czasem można było zejść z drogi i nie zauważyć tego.
Tyskowa - cmentarz.
Nie zachowało się zdjęcie niewielkiej kapliczki cmentarnej, drewnianej, z przegnitym już dachem. Wewnątrz były te rzeźby, częściowo opalone w ogniu. Ktoś je ratował, kiedy cerkiew już płonęła.
Kapliczka na przełęczy Hyrcza. Wewnątrz pusta. W kolejnych latach rozpadała się aż do całkowitej ruiny, wreszcie w 1996 roku pięknie odbudowana.
Cerkiew w Łopience. W powojennych walkach nie została poważnie zniszczona.
Dokonał tego czas i juhasi z Podtatrza, którym "sprzydały się" deski ze stropu i płyty z posadzki, a budynek był akurat dobry dla owiec i krów. Kto wie, może zawahaliby się, gdyby to był kościół, a nie cerkiew? Górale - naród religijny...
Kaplica cmentarna w Łopience. Teraz cerkiew i kaplica są starannie odnowione. Pięknie i mądrze zaprojektowano wnętrze cerkwi - bez tynków, bez ozdób, bardzo proste. Zmuszające do pamięci, że nie wszystko, co czynią ludzie ludziom, można przykryć ozdobami.
Inna już okolica - Chmiel nad Sanem. Tej cerkiewki nie spalono; w 58 roku pegeer Chmiel miał tu magazyn zboża. Obecnie wyremontowana, czynna świątynia, obrosła drzewami.
Cerkiew z końca XIX wieku w Lutowiskach. Doskonale przetrwała wojenne i powojenne burze a nawet przynależność (do 1951 roku) do Związku Radzieckiego. Ale... drewno z rozbiórki przydało się do budowy kościoła w Dwerniku. (Rok 1980 - zabrakło drewna w Bieszczadach?)
Dom w Procisnem nad Sanem. Ktoś zapomniał podłożyć ogień. Pięknie rosną pokrzywy, wymagające dobrej ziemi - może tu był ogród przy domu.
Dziwny, okrągły kamień wystający z dna potoku, dwie ociosane kłody: młyn w Tarnawie Niżnej, nad potokiem Roztoki. Znalazłem ten młyn na przedwojennej sztabówce
W sąsiedztwie resztki płotu w pokrzywach i kępa... wspaniałego rabarbaru. Niby nic takiego - ale po przewędrowaniu kilkunastu kilometrów niezagospodarowanych lasów i zarastających łąk, bez żadnych śladów istnienia ludzi, ten rabarbar robił trochę niesamowite wrażenie. Widoczne na zdjęciu kłody były już mocno zmurszałe. Ścięto drzewa, kiedy młyn jeszcze istniał. Pewno miały służyć do jego rozbudowy.
Cerkiew w Komańczy. Greckokatolicki ksiądz, staruszek o zmęczonej twarzy, dał kartkę: "Anastazjo Wasylów, pokażcie panom cerkiew". Anastazja otwarła cerkiew wielkim kluczem. Stała w progu, kiedyśmy podziwiali i fotografowali wnętrze. Nie odezwała się ani słowem, nie odpowiedziała na nasze podziękowania. Patrzyła na nas i to nie był wzrok ani radosny, ani życzliwy. Wtedy jeszcze nie wiedzielismy, dlaczego.
Potem cerkiew przejęła parafia prawosławna. Grekokatolicy zbudowali nową. Parafia rzymskokatolicka miała oczywiście swój kościół.
Wnętrze cerkwi, ikonostas.
Potem stara cerkiew spłonęła, całkiem niedawno. A było to jakby muzeum. Mówił nam stary ksiądz, że kiedy płonęły cerkwie w okolicy, te rzeźby i ikony, które ludzie zdołali uratować, przynoszono do Komańczy.
Bardzo różne były drogi i ścieżki, i ślady po nich. Całkiem zarośnięta droga (jak na zdjęciu z Tyskowej) kiedy wspięła się na przełęcz, była zwykłą drogą gruntową bez kępki trawy. Deszcze spłukiwały wszystko z kamieni wrośniętych w stwardniałą glinę, wiatr dokładnie sprzątał nasiona. Nie potrafił tylko posprzątać łusek karabinowych. Na takich odcinkach drogi często można było je znaleźć.
Dawnych mostów na potokach oczywiście nie było. Albo można było znależć takie, jak ten, na Rzeczycy między Berehami a Ustrzykami Górnymi. Tak właśnie w 57 roku wyglądała obwodnica bieszczadzka.
Inny odcinek obecnej obwodnicy. To już była szosa! Rok 58 - gdzieś między Bereżkami i Stuposianami.
Nowy most w Bereżkach, rok 58.
Wołosaty jednak nie zaakceptował tego mostu, i most popłynął.
I to też fragment głównej drogi po większych deszczach.
Rzeka lubiła czuć się swobodnie, ona tu była ważna, nie droga.
Rok 60, ten mostek już betonowy, nie popłynie tak łatwo. Ale lepiej nie ryzykować spaceru środkiem drogi.
Może nie najwygodniejsze, ale najpiękniejsze były takie ścieżki, których w ogóle nie było. Tutaj podejście z Suchych Rzek na Połoninę.
A to "ścieżka" w przełomie Wetlinki blisko jej ujścia. Tutaj pokrzywy nie takie wielkie. Ale czasem szło się kilkadziesiąt metrów, i więcej, osłaniając twarz podniesionymi w górę rękami. (Takie pokrzywy już trudno było fotografować).
O wiele dłuższe były przeprawy przez gąszcze olchy, kiedy trzeba było na wyczucie i na azymut dotrzeć do jakiegoś szczytu. Szło się, i szło, i szło, nic nie było widać, nie było wiadomo kiedy wreszcie się skończy ta plątanina chudych drzewek, cały czas jednakowa i nieprzerwana najmniejszą nawet polanką.
O ile jednak można było cierpliwie przejść nieciekawe obszary bieszczadzkiej olchy, to wyżej, pod połoninami, gąszcze karłowatego buka były nie do sforsowania. Taka to była zbita plątanina. Tutaj: Dział nad Berehami, podejście na Rawkę, na horyzoncie Połonina Wetlińska i Smerek. Ścieżka miejscami widoczna, miejscami zupełnie ginąca w wysokich trawach. Na głównym, czerwonym szlaku była wyraźniejsza, ale jeszcze zupełnie wąska,"jednośladowa". Teraz jakoś smutno się robi na widok niemiłosiernie rozdeptanych ceprostrad na połoninach.
Buki na południowych stokach Caryńskiej. Te już nie były fragmentem gąszczu, miały własną indywidualność. I to jaką!
Krzywimy się trochę na kioski sprzedające bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ale coś za coś: gdyby nie BPN, takich drzew pewno już by w Bieszczadach nie było. A jest jeszcze trochę starych buków i starych jodeł, i są stare cisy.
Profesor Wiktor Schramm twierdzi, że w żadnych naszych górach rzeki i potoki nie są tak piękne, jak w Bieszczadach. Wie, co mówi: zna je chyba wszystkie. I my zmienialiśmy filmy w aparatach najczęściej właśnie w dolinach rzek. Tu za każdym zakrętem pojawiała sie zupełnie nowa scenografia. Na zdjęciach po kolei: Wetlinka, San, Wołosaty.
U zbiegu Wetlinki z Solinką.
Po deszczu rzeka wezbrana, dno niewidoczne, kamienie śliskie. Ta przeprawa była bezproblemowa. Znacznie trudniej bywało, kiedy woda sięgała prawie do pasa. W pojedynkę przejście wtedy było niemożliwe. Szło się szeregiem uformowanym wzdłuż nurtu, jeden człowiek robił jeden krok, reszta go asekurowała, potem kolejny... Trwała dość długo taka przeprawa, ale można było w ten sposób przejść wodę, w którą bał się wjechać doświadczony traktorzysta na ciężkim ciągniku. Emocja była zbyt duża, żeby pamiętać o aparacie. A szkoda.
Koryta potoków nie były ścieżkami spacerowymi, ale warto było tak właśnie wędrować.
Tak odkryliśmy skały Sinego Wiru. Być może, że jako pierwsi od dziesięciolecia, bo ścieżek w okolicy nie było, a w głębokich, szmaragdowych baniorach chodziły jeszcze powoli olbrzymie pstrągi, nie niepokojone przez nikogo. Oceniliśmy ich długość na ok. 70 cm. Potem długo miałem wątpliwości, czy to możliwe, czy nam wyobraźnia trochę nie pomogła. Ale prof. Schramm pisze, że przed wojną zdarzało się łowić pstrągi do metra długie. Tak więc nasze Matuzalemy z przełomu Wetlinki zostały zweryfikowane: mogły mieć te 70 cm. To było w 58 roku. Dwa lata później już ich tam nie było. Było trochę śmieci między kamieniami, jakieś puszki z konserw. Taki los każdego skrawka raju.
W skałach nad wodą znaleźliśmy mikro-jaskinię. Spało w niej, trochę ciasno, troje ludzi. Czwarty się nie mieścił, siedział przy ogienku. Pamięta dziś te parę godzin w skałkach nad szumiącą wodą, o wiele dokładniej, niż dzień wczorajszy. Po przeciwległym brzegu "coś" chodziło, ledwie majaczyły w ciemności kształty zwierzęcia, tylko oczy - dwie latarenki błyskały co chwila. Najprawdopodobniej ryś, bo na drugi dzień kolega widział go wyraźnie przez lunetkę, skaczącego po skałach pół kilometra dalej.
Doliny rzek wciśnięte pomiędzy zbocza, jak Wetlinka pod Zawojem.
Tutaj na stromym brzegu, nie całkiem jeszcze zarosłym olchą i pokrzywami, drzewa owocowe.
I doliny szerokie, swobodnie rozłożone między górami. Dolina Sanu w okolicy Hulskiego. Widać upartą, cierpliwą ekspansję olchy.
W przełomie, pod Tołstą, San przyspiesza między zalesionymi zboczami.
Bieszczadzka osobliwość: niewielki potoczek, liczący wszystkiego około 12 km od źródeł do ujścia, dwa razy zmienia nazwę. Kolejno jest to: Prowcza, Nasiczniański, Dwernik. Skąd się to wzięło, czy może z patriotyzmu lokalnego, ograniczonego do 4 kilometrów?
Najwyraźniej wszystkie wody tej krainy niosły samo zdrowie: nikt nie myślał o zdejmowaniu butów przy przekraczaniu coraz nowych potoków. Buty ("pionierki") mokły i wysychały szybko, kiedy była pogoda, a jeśli padało, były mokre stale. Nikt nie dostał kataru, o jakichś reumatyzmach nie mówiąc.
Wołosaty jak żaden inny potok potrafił oszlifiwać swoje głazy i skaliste brzegi. Jeżeli policzyć wszystkie wody spływające do niego powyżej Ustrzyk Górnych, staje się jasne, dlaczego mógł tak gwałtownie przybierać po deszczach. Niesionym żwirem szlifował te skałki całkiem skutecznie.
Biwaki, które się pamięta: ten pierwszy, pod Chryszczatą.
W Berehach, na miejscu dawnego gospodarstwa; tutaj wieczorem żmija przeszła sobie przez dogasający żar ogniska i spokojnie pomaszerowała dalej.
Nie jestem pewien, czy to ją, czy jej kuzynkę sfotografowałem na drugi dzień. Spotykało się je nieraz; nikt im nie dokuczał, one nie dokuczały nikomu. Raz niechcący, wspinając się po stromej skarpie, złapałem biedaczkę za ogon razem z kępą trawy. Oczywiście szybko puściłem, oczywiście szybko sobie poszła.. Żadne z nas nie miało złych zamiarów. (Ale surowica i strzykawka zawsze były w plecaku).
Było to tak świetne miejsce wypadowe, że można było zadomowić się na dłużej, a nawet przyjąć sublokatora. Jak widać, maszty, a również i śledzie, rosły na miejscu. Posłanie - to było trochę gałązek świerkowych . (Materace dmuchane były wówczas drogie i bardzo ciężkie, karimaty jeszcze nie istniały). Namioty własnej roboty, dla mniejszej wagi bez podłóg. Dobre śpiwory puchowe mieli taternicy, nas nie było na nie stać, wystarczały koce.
Może dlatego w kilku pierwszych dniach nie wszyscy byli rano wyspani. Ale tylko w kilku pierwszych dniach.
Tutaj też mieszkaliśmy dosyć długo, i komfortowo: prócz namiotów postawiliśmy szałas pod świerkami. W dole szumiała Wetlinka. Gdzieś blisko miś miał gawrę, ale nie znaleźliśmy jej, ani on naszych plecaków. Stąd można było robić parodniowe wypady zostawiając cały majątek, do namiotów nikt nie trafił, w okolicy nie było śladów ludzkich.
Jedna z naszych posiadłości nad potoczkiem spadającym spod Działu do górnej Wetlinki. Tak to się odczuwało: co kilka dni zmienialiśmy posiadłość na jeszcze piękniejszą, o nieokreślonym, ale dość dużym areale. I było to całkiem oczywiste: przecież innych właścicieli nie było. Tutaj również wyżywienie mieliśmy na miejscu: łany olbrzymich borówek. I stąd też żal było się wyprowadzać. (W tle Połonina Caryńska)
Owsianka z borówkami na kolację na ciepło, i na śniadanie na zimno. Na obiad ryż z grzybami. Te na zdjęciu zostały zebrane koło namiotu, przez kilka minut. Były jeszcze konserwy, ale zjadało się je na początku wędrówki, bo gniotły w plecy i były ciężkie. Na czarną godzinę wojskowe suchary, które tłukło się na drobno toporkiem na kamieniu (zęby były nieskuteczne) albo rozmiękczało w kocherze, na parze. Na takim wikcie można było świetnie żyć całymi tygodniami.
W słoneczne dni dookoła namiotu słychać było głośne terkotanie, migały w powietrzu czerwone skrzydełka: to trajkotki, dalsze krewne pasikoników, bliższe krewne szarańczy. Poza Bieszczadami spotykałem je tylko w Beskidzie Wysokim. Ta trajkotka wodziła mnie za nos przez dobry kilometr; zrywała się zawsze, kiedy już nastawiałem ostrość, leciała kilkanaście metrów i czekała na mnie. Wreszcie jednak się poddała.
Po całym dniu wędrówki, po przedwieczornej burzy, świeci nad Wetliną księżyc, schną przy ogniu ciuchy. Jutro znów bliżej nieba, na połoniny.
Na oznakowanym szlaku można było spotkać wędrowców takich jak my - raz na kilka dni. Poza szlakiem, na dziko, już nie. Było naprawdę bezludnie. Można było przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że w połowie lat 50-tych na całym obszarze takim jak na tym zdjęciu - "zaludnienie" chwilowe, nie stałe, nie przekracza średnio jednego człowieka na jakieś 30 km kwadratowych. A zaludnienie stałe - zerowe. Tutaj: widok z Hyrczy na południowy wschód. Z prawej strony na horyzoncie Smerek i Połoniny.
Tylko pod połoninami urzędowali górale ze swoimi kierdelami. Kiedy wieczorem milczące owczarki nagle podnosiły harmider, pędząc w ciemność, baca mruczał: "ehe, bury sie prziblizo...Idze tam Franek..." Franek brał flintę, szedł w kierunku hałasu, huknął Panu Bogu w okno, wszystko się uciszało, psy wracały, watra kopciła pomalutku. Misie nie były wegetarianami, lubiły czasem coś konkretnego wziąć na ząb, ale nie znosiły, żeby im ktoś hałasem zakłócał konsumpcję. Jednej babci z Baligrodu miś zaczął doić krowę (paskud najpierw doił, potem mordował), babcia złapała patyka leszczynowego, póki biła niedźwiedzia, niewiele się przejmował, ale kiedy go okropnie skrzyczała, obrażając mu matkę i życząc głośno wszystkiego najgorszego - nie wytrzymał nerwowo i odszedł, urażony.
Metafora nieprzyzwoicie banalna: chmury przeganiane przez wiatr, jak stado owiec przez pasterza. Ale przecież jednak coś jest na rzeczy...
Zachód na Wetlińskiej: ostre światło spod nawisłych czarnych chmur, stożek cienia nasuwający się na świecącą jeszcze jasno Połoninę Caryńską. I gwizd wiatru, prawie zbijającego z nóg.
Mieliśmy wtedy trudności z wydostaniem się z opuszczonej strażnicy. Drzwi od strony południowej, otwierane na zewnątrz; napór wiatru był tak silny, że z dużym wysiłkiem udało sie je uchylić, kiedy na moment trochę słabł. Strażnica WOP, jednoizbowa chałupka, opuszczona w 51 roku, stała niezniszczona. W 1957 był to jeden z dwu istniejących budynków w południowo- wschodniej części Bieszczadów. (Drugi w Ustrzykach Górnych, to też była strażnica). Obecnie po rozbudowie i zagospodarowaniu słynna, oblegana przez turystów "Chatka Puchatka". Interesujące - jak długo Miś o B.M.R. byłby w stanie tam wytrzymać?...
Podobny "zegar słoneczny" znaczył godziny przed zachodem na masywie Wetlińskiej; tutaj stożek - wskazówka, to cień Hnatowego Berda. ("Hnatowe Berdo" dwieście km dalej na zachód - to byłby "Ignaców Groń") Zdjęcia barwne skanowane ze slajdów, pochodzą już z późniejszego czasu, z 73 roku.
Zdumiewający jest tak bardzo zmienny temperament tych gór: od grozy, brutalności, prawie okrucieństwa -
- do wyciszonej, ciepłej gry świateł i cieni.
Wiatr cichnie, trawy się uspokajają.
Na szlaku o tej porze już pusto. Ścieżki (rok 73) jeszcze nie tak bardzo rozdeptane, śmieci, butelek jeszcze nie ma.
Kończy się lato. Trawy już dojrzały, żółkną jak zboże.
Żniw, sianokosów tutaj nie będzie. Śnieg położy trawy. Wiosną wybije poprzez sprasowany kożuch nowa zieleń. Tu nawet wysoko, ziemia jest bardzo żyzna.
Jesienią góry świecą tymi pożółkłymi połoninami, falowania traw z tak daleka nie widać, ale wzrok jakoś wyczuwa, że to trawiaste światło nie jest nieruchome. (Szeroki Wierch widziany z Bukowego Berda)
Urwiska Bukowego nawieszone nad doliną Terebowca, w tle Tarnica.
Przełęcz pod Tarnicą, źródła Terebowca.
I panujący nad doliną Krzemień.
Krzemień z trochę innej perspektywy, w innym świetle.
Ludzi wprowadzały z powrotem w Bieszczady - konie. Nie te z kowbojskiej legendy lat sześćdziesiątych, galopujące rozległymi łąkami Krywego, Tworylnego, Zatwarnicy. I nie te późniejsze hucuły, obnoszące cierpliwie po górach turystów, pachnących tapicerką samochodową. To były konie, które zrywały buki i jodły z pierwszych wycinek, czasem łamiąc nogi w stromych wąwozach. Które wlokły je bezdrożami tam, gdzie nie był w stanie dopchać się ciągnik lub dychawiczna ciężarówka z jakiejś "Bazy ludzi umarłych". Konie, taszczące w góry pierwsze materiały budowlane, konie ratujące zagrzęzłe w błocie ciągniki. Nie romantyczne, nie snobistyczne, bezimienne konie prawdziwej, ciężkiej roboty, które nie weszły do żadnej legendy. Przykro, i głupio, że kilka zdjęć tych koni przy pracy przepadło mi, że inne się nie udały, niedoświetlone - i w końcu zostało to jedno. Jeśli dobrze pamiętam, są to okolice Stuposian. Kiedy po dłuższych deszczach Wołosaty wezbrał (a mostów nie było), konie przez wiele dni były odcięte od ludzi. I chyba nawet nie czuły sie tym pokrzywdzone.
Tutaj ciągnik mógł dojechać. Nad potokiem (Olchowaty? Czy Osława w Duszatynie?) stanął pod gołym niebem tartak polowy, klekocący długim pasem transmisyjnym. Konie ściągały z gór dłużyce, budulec powstawał na miejscu. To rok 1957.
Powstawały pierwsze leśniczówki, gajówki (tutaj: w Bereżkach), stajnie dla koni. W 58-mym dwa pierwsze budynki w całkiem pustej Zatwarnicy - to były wielkie, z daleka błyszczące świeżym drewnem stajnie. Budujący je górale donosili sobie chleb ze sklepu w Czarnej. Piętnaście lat później odszukałem te stajnie, zmalałe jakoś i poczerniałe, ledwo widoczne między nowymi domami szybko rosnącej wsi.
Na pagórki zaczęły znów coraz wyżej wchodzić uprawne pola, jak te nad Stężnicą.
Potem do Bóbrki, Zabrodzia, Soliny weszła wielka woda, na dnie pozostały ślady Podleszczyn, Zawozu, Zadziału, Teleśnicy Sannej, Chrewtu... Tutaj robiłem zdjęcie, zawieszony kilkanaście metrów nad wiejską drogą, po której teraz spacerowały ryby.
Te drzewa, uschnięte z nadmiaru wody, stały pewnie nad jakimiś domami.
Pniaki na rozkraczonych nogach, podpłukane przez zmienne poziomy wód zbiornika.
To dlatego zbiornik retencyjny nie może nigdy zostać prawdziwym jeziorem. Jezioro to przybrzeżne trzciny, grążele, to gniazda rozgadanych perkozów i zrywających się nagle kaczek. Tutaj - metr niżej, dwa metry wyżej - woda nie pozwoli. Chodzą tylko nad wodą umarłe pniaki, jak pająki, póki ich czas nie uprzątnie. Pewnie już uprzątnął.
A jednak i ta woda ma swój charakter. Wchodzące coraz wyżej olchy przypominają, że to Bieszczady. Wyspa, która kiedyś była pagórkiem nad rzeką - że inne, nowe Bieszczady.
Ta sama wyspa w zbliżeniu. Plamka po lewej - to nasz bagaż płynie pontonem, my tym razem lekkim spacerkiem obchodzimy jedną zatokę po drugiej. Lekko, łatwo. I ładnie tutaj. Kiedyś było trudno, czasem bardzo trudno. I pięknie. Tak to już jest. tekst oraz zdjęcia: Jacek Nawrot Noclegi Schroniska Schroniska PTSM Studenckie bazy namiotowe Harcerskie bazy i hoteliki Mapy Bieszczadów - recenzje Mapy wycinkowe - recenzje Mapa Bieszczadów Przewodniki Aktualności wydawnicze Wyciągi narciarskie Szlaki turystyczne Czasy przejść Ścieżki przyrodnicze Z psem w Bieszczady Jazdy konne Jaskinie Muzea Regulamin BdPN Punkty kasowe BdPN Informacja turystyczna Kolejka wąskotorowa - wrażenia z jazdy - rozkład jazdy kolejki Przewodnicy Przewoźnicy (Bus) Służba zdrowia Przejścia graniczne Tabory doliną Osławy Bieszczadzkie szybowiska Geocaching Zdjęcie satelitarne Spływ Sanem Trochę historii Podział (granice) Losy bieszczadzkiej ludności Ukraińska Powstańcza Armia K.Wojtyła w Bieszczadach Nie tylko Wysokie Bieszczady pół wieku temu Różne plany rozwoju Sieć wodna Ikonostas O ikonie słów kilka Bieszczady w filmie Polowanie w Bieszczadach Na wyniosłych połoninach BPN Niespodzianki pomników przyrody Olsza zielona Cerkwie drewniane w Bieszczadach Cerkwie murowane Dawne cmentarze, cerkwie i miejsca po cerkwi Cmentarze wojskowe w Komańczy Cmentarz wojenny w Lesku Kirkut w Lutowiskach Kirkut w Woli Michowej Kirkut w Baligrodzie Cmentarze ewangelickie Bandrów i Stebnik (Steinfels); cm. gr.kat. w Stebniku Obelisk i cmentarz UPA Bukowiec - Sianki - Źr. Sanu Tarnawa N. - Dźwiniacz G. Tarnica z Wołosatego Krzemień Bukowe Berdo Chryszczata Łopiennik Mała i Wielka Rawka Dwernik-Kamień Połonina Caryńska Połonina Wetlińska Smerek z Zatwarnicy Jasło i Okraglik Cisna - Jasło - Smerek Opołonek i Kińczyk Bukowski z Negrylowa Przysłup Caryński z Bereżek Tworylne i Krywe z Rajskiego Przysłup - Krywe Tyskowa i Radziejowa ze Stężnicy Korbania z Tyskowej Korbania z Bukowca Suliła Balnica z W.Michowej Balnica - Osadne Solinka Jodła k.Pszczelin - opis ścieżki Hylaty - ścieżka hist-przyrodnicza Huczwice - ścieżka geologiczna Komańcza - ścieżka dydaktyczna Jawornik - ścieżka Zwierzyń - Myczków, szlakiem zielonym Po ekomuzeum w krainie bobrów Dolina Potoku Zwór Wodospad Czartów Młyn Wodospad na Hylatym - duchy wodospadu Wodospad na Hulskim Wodospad Kasarda Wodospad na Olszance Młyn w Hulskiem Sine Wiry Chmielowe kaskady Nasiczniański Potok Jeziorka Duszatyńskie Jeziorko Bobrowe Grota w Rosolinie Rezerwat "Hulskie" Rezerwat "Gołoborze" Kapliczka w Rabem Rezerwat "Przełom Osławy" Torfowisko "Wołosate" Dziewiętnastka; pkt. widokowy Przełęcz Wyżna; pkt. widokowy Góry Słonne; pkt. widokowy Most wiszący w Dwerniczku XIX-wieczny most kolejki Radoszyckie źródełko - legenda o źródełku Kamień leski Skałki Myczkowieckie MBL Sanok CKE Myczkowce; miniatury cerkwi Sanktuarium w Jasieniu Klasztor w Zagórzu Nowe rezerwaty Osobliwości rezerwatów Rezerwaty Gór Słonnych Ekomuzeum Hołe Pomnik Tołhaja Trasy rowerowe Trasy samochodowe Stan dróg w Bieszczadach Parkingi Piekiełko w Dwerniku Galeria Barak w Czarnej Zdzisław Pękalski R. Szociński - Wiatrem z połonin Z. Beksiński - artysta z Sanoka Ekomuzeum - co to jest? Ostatnia salwa drewnianej artylerii, czyli o bitwie pod Komańczą Spłoneła Chatka pod Obnogą Zagubieni w górach - Łopienka lat 70/80 100-lecie J. Duszatyńskich VII odpust w Łopience VI odpust w Łopience Akcja GOPR - lipiec 2007 II Złaz Zakapiorski Madonny bieszczadzkie Obelisk Puszcz Imperatora Śladem Niedźwiedzia 2007 Śladem Niedźwiedzia 2006 Karpacki Jarmark Turystyczny Wystawa bożonarodzeniowa w Sanoku Architektura sakralna - malarstwo; wystawa "Chata Socjologa" znowu na Otrycie 1st Polish Pentax Day - Smerek'2004 Wieczór świętojański z książką 30-lecie Chaty Socjologa Otryt'2003 Wernisaż fotografiiG. Kowalewicza, OIE Lutowiska'2002 "Szusuj, tańcz i krzycz" - Bystre'2004 Zima na drogach 2005 I KIMB - Dwernik 2002 Projekt Rozłucz Jasienica Zamkowa Stara Sól Bieszczady Wschodnie - relacja z wyjazdu 2005 Czarnohora, relacja z wyjazdu 2006 Mapa serwisu Polityka prywatności home
- aktualności
- noclegi
- oferty noclegowe
- schroniska
- PTSM
- zdjęcia
- rower
- narty
- bus
- jazdy konne
- księgarnia
- forum
© Twoje Bieszczady / Bieszczady Serwis 2001-2010.
|